MOJE PIERWSZE 7 PRAC #MyFirst7Jobs



moje pierwsze 7 prac


Od kilkunastu dni w mediach społecznościowych króluje tag #myfirst7jobs. Jest to forma medialno-socialnego łańcuszka, gdzie różni ludzie wymieniają i opisują swoje pierwsze 7 prac. Pomysł jest na tyle fajny, że możemy poznać drogę jaką przeszły te bardziej i mniej znane osoby, zanim znalazły się tu gdzie są teraz. Całe przedsięwzięcie pokazuje, że większość ludzi, którzy coś osiągnęli zaczynała dosyć wcześnie i to od tych najbardziej niewdzięcznych prac.


Moda na pokazywanie swoich finansowych początków spodobała mi się na tyle, że sama postanowiłam przypomnieć sobie swoje pierwsze zajęcia. W większości wspomnienia nie są zbyt dobre, gdyż prace te były słabo płatne i wyczerpujące. Mimo to cieszę się, że mogłam ich doświadczyć, ponieważ oprócz niezłej szkoły życia, poznałam wartość pieniądza oraz dowiedziałam się jakich zawodów nie chcę w przyszłości wykonywać.

1. SPRZEDAŻ LODÓW

Moim pierwszym zajęciem, które pozwoliło mi na zarobienie paru groszy była sprzedaż lodów w barze nad jeziorem. Co prawda była to praca dorywcza i nieregularna, ale to właśnie tam poznałam smak osobiście zarobionych pieniędzy. Mimo, że miałam wtedy może ze 13 lat spodobało mi się posiadanie własnych funduszy oraz poczucie pewnej niezależności, która przejawiała się tym, że mogłam sobie coś kupić bez proszenia czy tłumaczenia się rodzicom. 

2. PRACA W BARZE I NA KUCHNI W OŚRODKU WYPOCZYNKOWYM

Była to moja pierwsza "pełnoetatowa posada" i jedna z nielicznych, którą wspominam dobrze oraz z sentymentem. Podjęłam ją po ukończeniu liceum, a przed pójściem na studia, kiedy to miałam prawie 4 miesiące wakacji. Stwierdziłam, że to za długi czas aby nic nie robić i że warto byłoby zarobić trochę grosza. Praca była dosyć ciężka i wyczerpująca, ale pozwoliła mi na zarobienie niezłych pieniędzy, które zainwestowałam we własny rozwój ( przeznaczyłam je na szkolenia kosmetyczne ). W maju i w czerwcu pracowałam tylko w weekendy, za to w lipcu i w sierpniu 7 dni w tygodniu po 10-12 godzin dziennie. Przyznam, że nieźle dostałam w kość przez co nie miałam już siły i ochoty na wspólne imprezy ze znajomymi, ale otrzymywane wynagrodzenie rekompensowało wszystkie te niedogodności. Poza tym dobrze dogadywałam się z resztą pracowników, którzy byli mniej więcej w moim wieku, a szefowie choć wymagający to bardzo uczciwi - sprawiali, że naprawdę chciało się dla nich pracować - bez poczucia, że ktoś cię wykorzystuje. Do moich zadań należało otwarcie i przygotowanie baru, przyrządzenie śniadań dla wczasowiczów, sprzedaż piwa itp., a także prace typowo kuchenne jak smażenie ryb i frytek, siekanie surówek, przyrządzanie hot-dogów. 

3. BARMANKA W KLUBIE BILARDOWYM

Jest to jedno z zajęć, które wspominam najgorzej i nie chodzi tu o rodzaj wykonywanej pracy, a o szefostwo, które potrafiło zmieszać z ziemią za byle drobnostkę i zamienić nawet najlepszy dzień w koszmar. Muszę jednak przyznać, że z tego miejsca wyniosłam jedną ważną lekcję : JAKIM SZEFEM NIE BYĆ MAJĄC SWÓJ BIZNES!!! Uważam, że swoim zachowaniem właściciele doprowadzili do własnej klęski, bo jak to się mówi "karma jest suką". W tamtych czasach mieli oni dwa dobrze prosperujące kluby, które ostatecznie splajtowały ( przyznam, że nie jest mi z tego powodu szczególnie przykro ). Praca nie była najgorzej płatna, ale jedna osoba wykonywała zadania, które powinny być przeznaczone dla 2 lub 3. Ciężko było podołać wszystkim obowiązkom, a najmniejsze niedociągnięcie wywoływało gniew szefa, który bacznie wszystko obserwował siedząc przy barze lub przeglądając zapis z kamer. Do moich zadań należała obsługa baru czyli sprzedaż piwa, przygotowywanie drinków, przyrządzanie kawy, mycie szklanek i miła konwersacja z klientami siedzącymi przy barze ( dodam, że nie raz zebrałam opieprz, że się nie uśmiecham jak myję szklanki :), a także obsługa kuchni po godzinie 22, która polegała na szybkim przygotowaniu fast foodów oraz pilnowanie czystości łazienek i stolików, wymiana popielniczek, gdy były w nich więcej niż 2 pety, pilnowanie otwartych rachunków, aby ktoś nie wyszedł niepłacąc ( gdy się to zdarzyło obciążano nasze konto ), pilnowanie czasu na 6 stołach bilardowych oraz upominanie klientów, gdy stawiali coś np piwo czy popielniczkę na tymże stole. Po zamknięciu baru, czyli około godziny 4-5 rano była godzina na sprzątanie, które polegało na szczotkowaniu stołów, odkurzeniu wykładziny w całym klubie, ogarnięciu łazienek, baru i kuchni. Jak widać obowiązków była cała masa, a wszystko to dla jednej osoby na tygodniu, dwóch w weekendy - przy czym praktycznie codziennie klub był pełny. Pracę zaczynałam o 20-21 a kończyłam zazwyczaj około 5-6 rano. Ponieważ był to okres zimowy, zdarzało się, że przez kilka dni nie widziałam światła słonecznego, gdyż w dzień odsypiałam trudy nocy. Na szczęście dla mnie i dla mojego zdrowia w miejscu tym wytrzymałam tylko 2 miesiące, które i tak ostatecznie wspominam jako koszmar.

4. PRACA NA KUCHNI W PIZZERII

Kolejne krótkodystansowe zajęcie, które wykonywałam będąc na pierwszym roku studiów. Praca niezbyt ciężka, ale raczej mało rozwojowa i bardzo słabo płatna. Najgorzej wspominam żar bijący od pieca na pizzę oraz to, że na kuchni pracowałam sama, więc czasem przez kilka godzin nie było się do kogo odezwać. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda, a do tego stawka w wysokości 3 zł za godzinę. 

5. EKSPEDIENTKA W SALONIE OBUWNICZYM

Zanim zaczęłam pracę w salonie obuwniczym, moje wyobrażenie o stanowiskach we wszelkich butikach było całkowicie inne. Praca ta nie była ciężka fizycznie, ale bardzo nudna, przez co godziny dłużyły się niemiłosiernie. Pracowałam na zmianie 12-godzinnej co drugi dzień. Niestety polityka sklepu była taka, że każdy pracownik miał "swoje miejsce do obstawienia", więc nie wolno było się ruszać z wyznaczonej miejscówki ani na krok, wszelkie rozmowy z innymi pracownikami też były zabronione. Wyobraźcie sobie teraz jak stoicie przez 12 godzin niemal na baczność i nie możecie z koleżankami z pracy zamienić nawet słowa - każde 5 minut to jak godzina, a nogi przy tym odpadają. Od tamtej pory nie dziwię się, gdy wchodząc do jakiegoś sklepu od progu jestem atakowana przez uprzejmą ekspedientkę słowami "czym mogę pomóc...." - one po prostu szukają zajęcia i możliwości choćby chwilowej pogawędki :) W miejscu tym przepracowałam kilka miesięcy, niestety płaca była dosyć niska, a ostatecznie i tak prawie wszystko wydawałam na nowe buty.

6. PRAKTYKI W SALONIE KOSMETYCZNYM

Na drugim roku studiów udało mi się załapać na płatne praktyki w jednym z lepszych salonów kosmetycznych w moim mieście. Byłam tak wniebowzięta, że mogłabym tam pracować nawet za darmo. Choć wypłata była bardzo niska i tak naprawdę wystarczała tylko na dojazdy i lunch, byłam bardzo wdzięczna za możliwość nauczenia się nowych zabiegów, poznanie nowoczesnych sprzętów i metod oraz dopuszczenie mnie do pracy z klientem. Spędzony tam czas wspominam raczej miło i stwierdzam, że pomimo różnych fanaberii szefowej nie było źle. Praca ta utwierdziła mnie w przekonaniu, że wybrałam dobrą drogę i że kosmetologia to dziedzina, którą chcę się zajmować.

7. KOSMETOLOG W SPA

Na trzecim roku studiów dostałam swoją upragnioną pracę jako kosmetolog. Była to pierwsza poważna posada z umową oraz innymi przywilejami i obowiązkami. Spędziłam tam prawie rok i nabyłam doświadczenie, które umożliwiło mi otrzymanie pracy w Dublińskim Spa, w którym wymagania, ale i płaca były naprawdę konkretne.

Tak oto wyglądało moich 7 pierwszych prac. Jedne lepsze, drugie gorsze, ale każda z nich wniosła coś cennego do mojego życia. Chętnie dowiem się jakie były Wasze początki, czy wspominacie je miło, czy wolicie ten okres zapomnieć? Jakby co, to czekam na wpisy w komentarzach.
Dziękuję za odwiedziny. Każda wizyta i komentarz sprawiają mi wielką radość oraz motywują do dalszej pracy nad blogiem. W miarę możliwości staram się odpowiadać na komentarze oraz odwiedzać blogi osób, które zostawiły tu po sobie ślad.